Wyprawa rowerowa '98
To, że pojedziemy na wyprawę rowerową wiedzieliśmy już mniej więcej rok wcześniej.
Jednak sprawy nabrały szybszego biegu dopiero na początku sierpnia... Popatrzyliśmy na mapę i zdecydowaliśmy,
że pojedziemy na południowo - wschodni kraniec Polski. Z informatora PTSM dowiedziliśmy się mniej więcej gdzie są schroniska i ...
3 sierpnia 98
Rano wsiedliśmy w pociąg do Katowic, później w pociąg do Przemyśla. Oczywiście nie bylo wagonu bagażowego i 1 rower podróżował w WC, a pozostałe 2 w przejściu (nie obyło sie bez awantury, że zajmujemy WC.) Po 5 godzinach wysiedliśmy w Rzeszowie. Pokręciliśmy się trochę po mieście i ruszyliśmy bocznymi drogami na wschód w kierunku Łańcuta. Rozładowaliśmy się w schronisku (byliśmy tam sami) i poszliśmy oglądać pałac.
4 sierpnia - próba wody
Wariant optymistyczny trasy na ten dzień przewidywał ok. 80 km z Łańcuta do Lubaczowa, gdzie miało być następne schronisko (ale nie było), więc przejechaliśmy ok 120 km do Horyńca. Od rana było pochmurno, a kiedy wyruszyliśmy zaczął podać wyjątkowo irytujący deszczyk (osobiście byłem z tego powodu bardzo wkurzony) Na szczęście po ok 2h przestało padać. Chcąc skrócić trochę trasę postanowiliśmy przeprawić się promem przez San. Po 5 km wyboistej drogi okazało się, że prom jest nieczynny :) i musieliśmy zawrócić (ciężkie życie rowerzystów.) Kolejne 30 km jechaliśmy przyjemną, pustą drogą przez las. Gdy wreszcie dotarliśmy do Lubaczowa okazało się, że schroniska nie ma, zdecydowaliśmy więc, że jedziemy dalej do Horyńca. Mieliśmy już wtedy trochę kilometrów w nogach i trasa okazała się trochę męcząca. Na miejscu znaleźliśmy szkołę i... okazało się, że tam nigdy nie było schroniska :). Z perspektywą noclegu pod chmurką udaliśmy się do dyrektora szkoły, który pozwolił nam przenocować w szkole. Dostaliśmy duży apartament (salę gimnastyczną.)
5 sierpnia - szlakiem złamanych korb cz. I
Z Horyńca wyruszyliśmy w kierunku miejscowości Werchrata. Po owiedzeniu granicy polsko - ukraińskiej pojechaliśmy dalej. Na drogach nie było wiele samochodów, więc jechało się zupełnie nieźle. W schronisku w Suścu (na skraju puszczy Solskiej) zrzuciliśmy sakwy i pojechaliśmy rozejrzeć się po okolicy. Na jednej z piaszczystych ścieżek Marka rower odmówił posłuszeństwa... można było pedałować, przednia zębatka nie ruszała sie. Wróciliśmy piechotką. Okazało się, że trzeba nową korbę do przodu.
6 sierpnia
Rano wsiedliśmy w PKS i pojechaliśmy do Tomaszowa Lubelskiego. W końcu udało się znaleźć korbę w sklepie. Zaopatrzeni wróciliśmy i rower był znowu sprawny (mniej więcej) Postanowiliśmy zmienić schronisko i pojechaliśmy 25 km do Józefowa.
7 sierpnia
Pojeździlimy trochę po okolicznych lasach, odwiedziliśmy kamieniołomy i wypróbowaliśmy rowery wodne (jakby tak miał przyjść potop ;-) ?)
8 sierpnia - szlakiem złamanych korb cz. II
Przejechaliśmy drogą przez Roztoczański Park Narodowy, gdzie spotkaliśmy tarpany. Dalej do Zwierzyńca z tamtąd na zachód i już wracając z wiatrem w plecy do Józefowa w moim rowerze złamała sie oś suportu i przez ostatnie 13 km, koledzy holowali mnie na rowerze. Tego dnia doznałem także kontuzji kolana.

9 sierpnia
Znowu pojechaliśmy do Tomaszowa. A tam:
- 2h w kolejce do doktora
- 1h w kolejce do rentgena
- 1h czekania na wywołanie zdjęcia
- znowu do doktora
Doktor: To tylko stłuczenie...
Rower naprawiliśmy jeszcze tego dnia, ale dalej jechać już nie mogłem, a do domu wracać też się nie chciało, więc takim sposobem mieliśmy wczasy w Józefowie.
10-12 sierpnia
Z braku innych zajęć całe dnie graliśmy w szachy, a wieczorami oglądalaliśmy gwiazdy (szczególnie spadające)
13-14 sierpnia
Ostatnie 40 km do Zamościa oraz pełna przygód noc na stojąco w pijanym, nocnym pociągu.
Plan zakładał dojechanie do Puław (byłoby ok. 800 km), niestety nie udało się tego dokonać, ale naprawdę było świetnie...




