2002

Niestety co roku każdy ma mniej czasu i coraz trudniej znaleźć jakiś wspólny termin na rowerowanie... Na szczęście znów nam się udało wyrwać chociaż na 10 dni. Tym razem ambitnych planów nie było (prawdę mówiąc to w ogóle nie było planu) poza tym, że startujemy w Gdyni.

Środa 31 VII Rybnik

Ruszamy nocnym pospiesznym do Gdyni. Na dobry początek nie udało mi się nawet dojechać do dworca w Rybniku - złapałem gumę. Awarię usunęliśmy jeszcze w pociągu do Katowic. W Katowicach na dworcu wpadliśmy na pomysł sabotowania Przystanku Woodstock (chcieliśmy wsadzić towarzystwo do innego pociągu - co nie byłoby wielkim problemem w takim tłumie) :-) no i pojechaliśmy...

Czwartek 1 VIII Gdynia - Żarnowiec: 76km

To była powtórka trasy z 1999 roku przez Oksywie i Puck. Niestety zaczynała mi się dawać we znaki puchnąca z niewiadomej przyczyny noga. W Żarnowcu byliśmy dość wcześnie i pojechaliśmy jeszcze na plażę (nasypać sobie trochę piasku do wielotrybów ;-))

Piątek 2 VIII Żarnowiec: 30km

Postanowiliśmy odwiedzić panią doktor w Wierzchucinie z powodu mojej nogi. Zaopatrzeni w antybiotyki za 66zł reszte dnia spędziliśmy na plaży w Białogórze... a wieczorem okazało się, że słonko świeciło trochę za mocno :-)

Sobota 3 VIII Żarnowiec - Smołdzino: 86km

Zachmurzyło się. No i w końcu jednak zaczęło padać. Pierwszy deszcz przeczekaliśmy jakoś pod drzewem. Potem trafiliśmy na odcinek polany smołą i posypany kamieniami, po czym wyglądaliśmy dosyć nieciekawie (a szczególnie Marek, który jechał bez błotników) Zaraz potem się rozpadało i w ostatniej chwili znaleźliśmy przystanek. Zaczęła się burza... Gdy w końcu przestało, ruszyliśmy. Cały czas jednak kropiło i jazda była męcząca (głównie psychicznie). Po drodze zaopatrzyliśmy się w benzynę ekstrakcyjną żeby usunąć wspomnianą smołę. Zaliczyliśmy jeszcze jedno przeczekanie deszczu na przystanku i w końcu dojechaliśmy do Smołdzina. Jeszcze na samym końcu mieliśmy wesołe zdarzenie: z przeciwka jechał człowiek na rowerze i prowadził ze sobą krowy z pola. Za nim nazbierało się kilka samochodów i gdy zaczęły go wyprzedzać rowerzysta zaczął jechać wężykiem i w końcu z gracją wpadł bokiem do rowu :-) widać było, że miał ten manewr znakomicie opanowany i momentalnie pozbierał się i z uśmiechem pojechał dalej...

Niedziela 4 VIII Smołdzino: 22km

Rano było jeszcze pochmurno ale jak dotarliśmy na plażę już było pięknie. W upale z mojej wymienionej w pociągu (łatanej) dętki uciekło powietrze i mieliśmy dodatkową zabawę (na szczęście Marek miał jeszcze jedną dętkę).

Poniedziałek 5 VIII Smołdzino - Iwięcino: 132km

Pogoda cud (słońce + wiatr w plecy) i wyruszyliśmy dalej na zachód. Znów zdarzyło mi się pojechać na pamięć i wylądowaliśmy w Rowach (skąd nie było innej drogi wyjazdu) i trzeba się było wrócić. Potem do Ustki, dalej przez Jarosławiec do Darłowa po drodze przyglądając się z bliska farmie wiatraków. Za Dąbkami zaczęło się trochę dłużyć, ale w końcu znaleźliśmy nocleg w Iwięcinie.

Wtorek 6 VIII Iwięcino: 28km

Kolejny leniwy dzień, znów chmury a kilka kilometrów po wyruszeniu musieliśmy się kryć po przystankach. Reszta dnia na plaży w Łazach, gdzie ważyły się dalsze losy wyprawy (trzeba było zdecydować o dalszych planach podróży).

Środa 7 VIII Iwięcino - Wałcz: 147km

I zaczął się mały festiwal kilometrów. W planie było schronisko w Czaplinku (jakieś 35km przed Wałczem) ale tam nic nie znaleźliśmy. Z Iwięcina do Koszalina i dalej na południe. Jechaliśmy sobie spokojnie robiąc sobie przerwy co 20 - 30km. Trasa całkiem przyjemna bocznymi drogami przez lasy i odludzia. Powoli zaczynały się równiny więc strasznych górek nie było.

Czwartek 8 VIII Wałcz - Zaniemyśl: 183km

Znów uwierzyliśmy we własne możliwości i zaplanowaliśmy całkiem ambitną trasę tego dnia. Trzcianka, Czarnków, Rogoźno, Murowana Goślina... ok. 110km w nogach i pytanie: "Co my robimy??? Do Żerkowa jeszcze conajmniej drugie tyle!". No i pojawiły się plany żeby może już tylko do Poznania a potem w pociąg... Na szczęście zwyciężyła opcja żeby jednak spróbować, ale trochę bliżej. Telefon do Zaniemyśla i jest gdzie spać - możemy jechać. Wybraliśmy wariant ze skrótem przez lasy -- po 10km wyjechaliśmy 4km dalej. Strasznie wkurzony na siebie ruszyłem na Poznań. Po godzinie błądzenia w okolicach Malty udało się ruszyć na Kórnik (niestety dwupasmówką) i dalej do Zaniemyśla. Po drodze z mojego tylnego koła zaczęły dochodzić straszne dla rowerzysty stuki, ale już nie ruszałem tego i po 21. dojechaliśmy poprawiając nasz zeszłoroczny rekord dziennego przebiegu. Na szczęście okazało się, że te dziwne dźwięki to nie łożysko a tylko jego pokrywka, która wypadła ze swojego miejsca.

Piątek 9 VIII Wałcz - Milicz (Rybnik PKP): 110km

Plan był ambitny: kolejne 180km do Brzegu a potem już 'na luzach' do Rybnika następnego dnia, ale w Brzegu nie znaleźliśmy telefonicznie sensownego noclegu i ruszyliśmy bez przekonania na południe. Śrem, Dolsk, Pogorzela (tam było ciężko), Kobylin i Milicz. Po drodze zdecydowaliśmy zakończyć komedię ;-) i pociągiem przez Oleśnicę (1h czekania), Wrocławia (5h) pojechaliśmy do domu. Jak zwykle trochę szkoda, że trzeba wracać, ale jak na 9 dni to przejechany kawałek nie jest taki mały, tym bardziej że pierwsze dni obijaliśmy się niemiłosiernie :-)

I tyle. Pozostaje mieć tylko nadzieję, że za rok znów uda nam się znaleźć trochę wolnego czasu...