2003
Tak wyszło, że nie było czasu na dłuższe wyprawy...
Zdecydowaliśmy się na dwudniową wycieczkę z sakwami.
Sobota, 26 VII, (Rybnik) — Jaworzyna Śląska — Nysa (120km)
Wyruszamy o 4.09 pociągiem do Raciborza. Jak to bywa o takiej porze, w pociągu jedzie kilka osób. Według "logiki" PKP pociąg ten nie może jechać choć 20 minut później, tak aby nie trzeba zbyt długo czekać na przesiadkę w Nędzy. Wysiadamy i czekamy 40 minut na pociąg do Wrocławia. Robi się jasno. Chmury też na szczęście znikają — będzie piękny dzień. We Wrocławiu kolejna przesiadka, tym razem w pociąg do Jeleniej Góry. Wysiadamy wreszcie godzinę później w Jaworzynie Śląskiej. Skansen kolejowy kusi, ale nie ma czasu bo szosa czeka. ;-)
Ruszamy do Żarowa, tak żeby ominąć Świdnicę. Potem już na południowy wschód, bocznymi drogami, wokół Ślęży w kierunku Łagiewników. Przez wczesne wstawanie znowu mam takie śmieszne uczucie, że już popołudnie, tymczasem jest dopiero około południa. Teren pofałdowany. Jedziemy sobie spokojnie, obok siebie (znikomy ruch samochodowy), gadamy, krajobrazy i kilometry uciekają, a my tak jakby poza światem, który stoi w miejscu. Wszędzie wokół na polach trwają intensywne prace żniwne. Goni nas wielka chmura, na szczęście nie pada z niej i mamy trochę cienia. Mały przystanek w Henrykowie, potem znów przez wiochy, Jasienica, Sarby, Szklary. No i długi i podstępny podjazd do Karłowic Wielkich (swoją drogą zabawna, trochę sprzeczna ze sobą nazwa). Podjazd ten ma to do siebie, że dla osoby nie znającej tej drogi (jak my) za każdym zakrętem, czy też nibyszczytem okazuje się że ciągle jest pod górę. Takich niespodzianek jest tam co najmniej kilka. Zdobywamy wreszcie wspomniane Karłowice i teraz jedziemy w dół. Niebo się jakoś zaciągnęło, zaczyna mi się dłużyć... No ale jesteśmy. W końcu Nysa. Jeszcze trzeba znaleźć schronisko. Po 0.5h wreszcie nam się udaje. W nagrodę za trudy podróży za 10 zł/os (!!) dostajemy pokój z łazienką, prysznicem i widokiem na linię kolejową Kędzierzyn Koźle - Kamieniec. Zmęczeni jemy jeszcze conieco i szybko zasypiamy...
Niedziela, 27 VII, Nysa — Rybnik (140km)
Plan jest ciekawy: do Głuchołazów, potem do Czech, górski etap (11 km podjazdu) Zlaté Hory — Heřmanovice i dalej przez Krnov i Pietrowice z powrotem do Polski. Okazuje się jednak, że jest potworny upał. W dodatku w okolicach Głuchołazów rozgrywany jest jakiś wyścig kolarski i musimy jechać objazdem. Decydujemy, że jedziemy przez Polskę, na Prudnik. Za Głuchołazami łapiemy jakiegoś szybkiego kolarza górskiego i przewozimy się parę kilometrów z prędkością 35 km/h. W Prudniku popas i potem dalej na wschód. Upał robi się nieznośny, w dodatku mamy wiatr w twarz. Na polach można spotkać takie fale gorąca, jak wiatr przywieje coś takiego, to robi się wręcz słabo... Pedałujemy 15 km do Racławic Śląskich. Dobrze, że w Prudniku udało się kupić coś do picia, bo z moich doświadczeń wynika, że w okolicach trójkątu Głubczyce, Kędzierzyn Koźle, Racibórz (gdzie jedziemy) trafić w niedzielę na otwarty sklep to jest sztuka :-). Za Racławicami teren robi się nieznośny — na przemian pod górkę i z górki. Co 5km robimy przystanki, a woda w butelce na bagażniku robi się momentalnie gorąca. Gdy dojeżdżamy do skrzyżowania z drogą 38 (Głubczyce - K.Koźle) decydujemy się na radykalny manewr. Mając nadzieję, że w lasach za Koźlem będzie mniej wiało i świeciło, skręcamy w lewo i nadkładamy drogi do K.Koźla. Teraz jedziemy z wiatrem. W Reńskiej Wsi robimy przerwę (otwarty sklep!!! ;-)) i dalej przez Cisek, Bierawę, Kuźnię Raciborską zamykamy koło w Nędzy. Jeszcze 15/30km do Rybnika/Żor i jesteśmy w domach.
Godny odnotowania jest fakt, iż wreszcie udało dojechać się do domu z sakwami :-) Co prawda, wyprawa miniaturowa, ale zawsze.
(21. X 2003)