2004
Sobota, (Rybnik) Dąbie n/Nerem - Kalisz (100km)
Zachęcony poprzednimi wyczynami proponuję Markowi dwudniowy wyjazd z podobnym kilometrażem. Spotykamy się w sobotę rano na rybnickim dworcu. O tej nieludzkiej godzinie jest jeszcze ciemno. Pakujemy się do pociągu do Katowic. Trochę się obawiam o pogodę bo prognozy są nienajlepsze choć na Śląsku zapowiada się słoneczny dzień. Mam nadzieję, że idący na południe deszcz miniemy pociągiem.
W Katowicach przesiadamy się do pociągu do Zduńskiej Woli (tym razem jadą 2 jednostki i nie ma ścisku). Podróż mija sympatycznie na rozmowie z jadącym na Kaszuby rowerzystą z Bielska. W Zduńskiej Woli przesiadka i wszyscy muszą się zmieścić do o połowę krótszego składu. Jakoś jednak udaje się nam wcisnąć. Jak tylko ruszyliśmy, niebo się zaciągnęło i zaczęła przechodzić falami intensywna mżawa. W końcu wysiadamy w Dąbiu nad Nerem. Sucho, ale jak tylko się pozbieraliśmy zaczęło znów padać.
Ruszyliśmy w końcu, ale dojechaliśmy do pierwszego przystanku i postanowiliśmy przeczekać deszcz, bo zupełnie się nam nie spieszyło (ani do bycia mokrym, ani do Kalisza). Po jakimś czasie wyszło słońce i pojechaliśmy. Z Dąbia (przejeżdzaliśmy tamędy parę lat wcześniej podczas pamiętnego 180km etapu z Włocławka do Zduńskiej Woli) dalej ruszyliśmy na zachód do Chełmna - chcieliśmy trochę pokluczyć, żeby nie być zbyt wcześnie w Kaliszu. Niestety na horyzoncie pojawiła się grzmiąca chmura i znów musieliśmy się schować na przystanku. Czas minął nam wesoło na analizie zapisków ściennych miejscowej "elity". Chmursko sobie poszło wreszcie i ruszyliśmy przez wiochy do Uniejowa. Tam zjedliśmy conieco i pojechaliśmy dalej. Pogoda zrobiła się bardzo ładna (ale czas zaczął nas trochę naglić). Dojechaliśmy do tamy Jeziorska i potem już prosto na Kalisz. Przez takie "metropolie" jak Tokary, Lisków do Koźminka i potem tak trochę w ciemno na zachód, żeby nie jechać drogą krajową od Opatówka do Kalisza.
Zaczynało się sciemniać gdy osiągnęliśmy drogę Kalisz - Turek. Potem już ile sił w nogach do Kalisza. Tam pokręciliśmy się trochę i w końcu znaleźliśmy schronisko.
No i wpadka. Schronisko jest zarezerwowane przez grupę wioślarzy. Moje negocjacje z kierowniczką niestety niczego nie przyniosły. Proponują nam jazdę do Gołuchowa (30 km na NW - zupełnie nam nie po drodze). W końcu Markowi udaje się ją przekonać żeby jednak pozwoliła na przenocować. W pokoju nie było nic poza podłogą, a jak na złość nie wzięliśmy karimat. Jako łóżka wykorzystaliśmy więc złączone ławy z jadalni. Po obiedzie, mimo "ortopedycznych" posłań, zasnęliśmy snem sprawiedliwych. Tego dnia miała być lekka rozgrzewka przed długim etapem, a nazbierało się jednak 100km.
Niedziela, Kalisz - Rybnik (235km)
Po macłych zakupach wyruszyliśmy do Grabowa nad Prosną. Jazda raczej przyjemna, pogoda dopisuje (choć trochę wieje w twarz). W Grabowie na rynku zjedliśmy 2. śniadanie. Pojawiła się też grupka rowerzystów. Jak już ruszyliśmy rowerzystów zaczęło gwałtownie przybywać. Wyszło na to, że to rowerowa pielgrzymka (niektórzy wołali za nami gdy ich mijaliśmy, że jedziemy nie w tą stronę ;-)). W końcu minęliśy ostatniego marudera... i coś nam zaczęło świtać - zawróciliśmy i dogoniliśmy go. Okazało się, że to ten sam człowiek, którego spotkaliśmy w 2001 roku jadąc do Włocławka. Był to ten oryginał na ukrainie - tym razem chyba nie skojarzył nas, ale poopowiadał trochę gdzie to jeździł i rozjechaliśmy się.
Jechaliśmy dalej boczną drogą przez lasy. Mogłem się znów podelektować ulubionym zapachem asfaltu zmieszanym z przegrzanym leśnym igliwiem. W pewnym momencie usłyszałem powtarzający się syk - okazało się, że przetarła się moja tylna opona i kamyk z drogi przebił dętkę. Zły na siebie, że tego nie zauważyłem w domu, i że będzie kolejne opóźnienie na tak długim etapie, zmieniam dętkę i przekładam uszkodzoną opnę do przodu (żeby była mniej obciążona). Pojechaliśmy. Przez Galewice i dalej bocznymi dróżkami na południe. Minęliśmy DK nr 8 i skierowaliśmy się na Praszkę, gdzie zrobiliśmy sobie "obiad" z chleba z pasztetem. Dalsza droga prowadziła niestety główną drogą do Olesna (20km) - tam już zaczęliśmy trochę słabnąć, a Marek zdał relację swojej Grażynie o tym jak nam źle :-). Czas też zaczynał nas ponaglać. Było chyba około 5. po południu, a przed nami jeszcze ze 120km. Kolejna szosa była bardzo uciążliwa - duży ruch (zdaje się wracający znad morza), a sił do pedałowania nie przybywało. Dobrodzień, Zawadzkie.. tutaj przynajmniej trochę ruch zelżał. Większość samochodów jechała w stronę Tarnowskich Gór. My zjedliśmy ostatni kawałecz czekolady i pojechaliśmy prosto - na Strzelce Opolskie.
W Jemielnicy dopadł nas kryzys - zjedliśmy resztę chleba i dżemu. Dalej słabi i bez jedzenia skręciliśmy na Błotnicę Strzelecką. Ostatnie co mogło nas jeszcze spotkać to pomyłka w nawigacji - na szczęście z tym radziliśmy sobie całkiem nieźle. Trafiliśmy wreszcie na sklep. Uzupełniliśmy zapasy i w trochę lepszych humorach pojechaliśmy dalej. Słońce już zachodziło, minęliśmy kan. Gliwicki (Rudziniec) i byliśmy już mniej więcej w domu ;-). Zaczęło się sciemniać, minęliśmy dwusetny kilometr od Kalisza. Zacisnęliśmy zęby i kręciliśmy dalej. (Brak sił był jednak niczym w porównaniu z obrażeniami siedzeń... ;-)) Zanim zjechaliśmy na drogę Gliwice - Kędzierzyn było już zupełnie ciemno. W lesie nie było widać zupełnie nic. Za Sośnicowicami po ciemku w lesie zaczęło nas to nawet trochę bawić. Przed Rybnikiem znów zacząłem słabnąć (to chyba jakaś demobilizacja blisko celu), ale jakoś się doturlałem. U mnie w domu byliśmy o 22.20. Na liczniku 235km! Marek miał jeszcze przed sobą kolejne 15 do Żor i w domu był przed 12...Dystans na pierwszy rzut oka niewiele dłuższy niż przy poprzednim moim wybryku, ale trzeba przyznać, że ciężki krążownik Romet Orkan z sakwami jeździ trochę gorzej niż latająca szosówka...
Było fajnie - mimo tego, że niewyszkolony tyłek trzeba było rehabilitować przez tydzień ;-)