200 km jednego dnia

Pierwszy w życiu urlop się kończył. W porównaniu z poprzednimi 3 miesięcznymi wakacjami to było tego tyle co kot napłakał (2 tygodnie). Kasia w Niemczech, pomyślałem sobie, że po tygodniu bujania się jachtem po Mazurach trzebaby jeszcze choć na moment wyrwać się z domu. W środę zrobłem sobie 120 kilometrowy sprawdzian kondycji i nie wyszło to całkiem źle. Przypomniało mi się znalezione na takie okazje ranne połączenie kolejowe do Zduńskiej Woli — no więc kalkulator w łapę i liczymy — wychodzi 198km z Karsznic do Rybnika. Wahałem się do piątkowego popołudnia. W końcu pozbierałem małe narzędzia, dętkę, pompkę i mapę. Miejmy nadzieję, że szosówka mnie nie zawiedzie...

Sobota, 24 lipca 2004

Wstaję o 4.20 rano. Małe śniadanko, wyciągam rower i jazda na dworzec — na szczęście już się rozwidnia. Lokuję się w przedsionku piętrowego wagonu. Prawie pusty pociąg odjeżdża zgodnie z rozkładem o 4.56. Trochę mi zimno w samej podkoszulce, ale nie miałbym gdzie wozić bluzki podczas jazdy. Na polach leży mgła. Konduktorka bezskutecznie chce rozmienić 50zł. W Katowicach o 6.15 ładuję się do pojedynczego EN57 do Zduńskiej Woli. Odjazd — z początku jedziemy żwawo, ale za Chorzowem nieszczęsne 30km/h, a za oknami księżycowy krajobraz... Bytom. Jedna stacja i pociąg jest już pełny, a dalej po drodze ludzie ciągle się dosiadają. Za Karbiem na szczęście znów się rozpędzamy. Zagadnięty dokąd jadę odpowiadam:
— Do Karsznic i potem spowrotem rowerem do Rybnika.
— Tak daleko? Dlaczego nie wysiądzie pan sobie wcześniej, miałby pan bliżej...

10.25 Karsznice. Udaje mi się wyciągnąć rower z tego tłoku i wysiadam. Jeszcze meldunek smsem do Kasi i Marka i wyruszam. Na południe, wzdłuż torów węglówki i lokomotywowni Karsznice w kierunku drogi Łask - Widawa. Zgrubny plan zakłada 10 godzin jazdy ze średnią 20km/h. (Choć planem zaczynam się przejmować dopiero w okolicach setnego kilometra.) Jedzie się świetnie, humor dopisuje. Dwudziesty kilometr — jeszcze tylko 10 razy tyle ;-). W Widawie jem pierwsze kanapki i ruszam dalej wiejskimi drogami na Grabówie. Słońce zaczyna przypiekać, a na niebie żadnej chmurki. Goni mnie jakiś biedny owczarek niemiecki — pewno go jacyś ... wyrzucili i się błąka.

Przejeżdżam przez krajową 8 (ruch chwilowo jakoś niewielki). Tereny jak na razie są płaskie ale zdarzają się niewielkie wzniesienia. Dalej przez znany z pociągów nad morze Chorzew dojeżdżam do Działoszyna (mam ok. 60km). Mały odpoczynek, uzupełnienie zapasów i jazda. Na początek trzeba się wdrapać z doliny Warty, potem raczej płasko. Odbijam w boczną drogę (las, puściutko, ładny asfalt) i przez Mokrą docieram do Kłobucka. Nie zatrzymuję się i jadę do Wręczycy i potem na Herby. Na liczniku 120km, a z czasem jestem trochę do tyłu.

W końcu udaje mi się dogonić plan, ale humor mam jakiś niebardzo - zachmurzyło się i jest nieładnie. Następne 30km do Tworogu to puste drogi przez sosnowe lasy. Jeszcze ostatnie zakupy i posiłek. Do Pyskowic droga szybko mija na różnych rozmyślaniach ;-) Potem już jestem na znanych terenach — Łabędy, Kozłów, Sośnicowice... 190 kilometrów. Zaczynam trochę czuć słabość (zjadam ostatnie pół czekolady). Słońce już prawie zachodzi. Wreszcie Rudy i 200km na liczniku. Jeszcze te kilkanaście km do Rybnika.

Dziewiąta dwadzieścia wieczorem w domu. Po 10h i 20 minutach dojechałem! 215km — na szczęście bez pomyłek nawigacyjnych i innych przygód.

Wnioski? 1. gdybym zjadł coś konkretnego po drodze nie byłoby tak dramatycznej końcówki. 2. Było nieźle, trzeba to powtórzyć :-)

Rybnik, 10.IX 2004